Jeśli ktoś myśli, że katastrofa pod Smoleńskiem to epizod, który po krótkotrwałej powszechnej żałobie nie pozostawi w życiu publicznym dalekosiężnych skutków, to dotknięty jest głuchotą na podskórny rytm historii. Ale łudzą się też ci, którzy wiążą z tą katastrofą nadzieję na zwrot polityczny. W istocie stawka jest o wiele wyższa niż zwycięstwo tej czy innej partii.
Tragiczna śmierć niemałej części polskich elit państwowych, w dodatku w symbolicznym miejscu i czasie, jest wydarzeniem porównywalnym z powstaniem Solidarności czy duchowymi rekolekcjami wielotygodniowego odchodzenia Jana Pawła II. Ujawniła ona kilka prostych prawd, które przez dziesięciolecia inspirować będą wielu z nas do zaangażowania w działalność publiczną. Ale dalekosiężne skutki mogą być również destrukcyjne. Jeśli wokół smoleńskiej tragedii rozpęta się walka polityczna, to wyłonione przy tej okazji rowy mogą okazać się wyjątkowo głębokie i trwać również przez dziesięciolecia. Dlatego tak ważne jest, byśmy zwłaszcza my, politycy, dobrze zrozumieli, co takiego wydarzyło się właściwie 10 kwietnia 2010.
Powrót wielkiej polityki
Najważniejsze jest chyba to, że miliony Polaków dostrzegły jak w przebłysku lepszą twarz polityki i uświadomiły sobie, jak poważną - śmiertelnie poważną - jest ona sprawą. Po paru latach dominacji polityki minimalistycznej, skoncentrowanej na tym, by - jak ujął to jeden z publicystów - "woda w kranach była jeszcze cieplejsza", wróciła Polityka. Ta przez duże "P", wymagająca poświęcenia i odwagi, polegająca tyleż na dobrym administrowaniu i tworzeniu warunków dostatniego, bezpiecznego życia, co na zmaganiu się z wielkimi wyzwaniami cywilizacyjnymi. Polityka, w której jest miejsce na takie słowa jak honor, prawda, służba...
Badania opinii publicznej pokazują nie tylko radykalną zmianę ceny prezydentury Lecha Kaczyńskiego, wzrost zaufania do jego brata czy poparcia dla ich partii - wszystko to można by tłumaczyć współczuciem otaczającym tych, którzy pod Smoleńskiem stracili najwięcej. Równocześnie jednak wzrosło zaufanie do Bronisława Komorowskiego i Donalda Tuska, poparcie dla działań rządu, ocena Sejmu i innych instytucji państwowych. Oznacza to, że jesteśmy świadkami odbudowy autorytetu polityki i przywrócenia wiarygodności polityków. Okazało się, że mogą oni być kimś bliskim, kogo się opłakuje, po kim odczuwa się niepowetowaną stratę.
Dużo się ostatnio mówi o potrzebie zmiany języka politycznych debat, okazywania szacunku przeciwnikom, wyciszenia sporów. Zmiana kultury politycznej jest oczywiście potrzebna i zapewne nastąpi. Ale od języka politycznych sporów nieporównanie ważniejsze jest co innego: ich treść. Od czasu "drugiej wojny na górze" w połowie dekady 2000-2010 polityka uwięzła w klinczu sporów jałowych, zastępczych albo wręcz pozornych, wywoływanych przez spin doktorów tej czy innej partii, by mobilizować poparcie swojego elektoratu. Uprawiana przez nas polityka jest w zbyt dużym stopniu plastikowa, zinfantylizowana, podporządkowana sondażom lub dyktatowi marketingu politycznego.
Tymczasem w polityce chodzi o sprawy z punktu widzenia wspólnoty najważniejsze: o rozumienie polskości, model państwa i gospodarki, usytuowanie naszego kraju na mapie geopolitycznych podziałów i napięć, wyrwanie się z demograficznej zapaści, ochronę suwerenności... O takie sprawy warto toczyć spory naprawdę gorące. Myślę, że powraca, jak na początku lat 90., czas odwagi w polityce, zdolności do podejmowania trudnych decyzji, gotowości pójścia pod prąd nastawieniom społecznym, rządzenia w oparciu nie o sondaże, lecz o strategiczne programy. Takiej polityki było w ostatnich kilkunastu latach zdecydowanie za mało.
Państwo jako wartość
Roztrzaskanie się rządowego samolotu, na pokład którego wpuszczono tak wiele ważnych osobistości, w tym całe dowództwo armii, uświadomiło nam wszystkim inną prawdę: o polskim państwie. O jego słabości - bo skoro to państwo nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa pierwszemu ze swych obywateli, to jak mają się czuć bezpiecznie zwykli ludzie? Ale też prawdy o jego potrzebie - bo dla milionów Polaków ogromnie kojącym doświadczeniem była sprawność, z jaką rząd i instytucje państwowe zmierzyły się ze skutkami katastrofy. Okazało się, że mimo nieznanej w czasach nowożytnych skali politycznego kataklizmu, który pozbawił nas zwierzchników wielu najważniejszych urzędów, mechanizmy państwowe zadziałały bez zarzutu. To powód do dumy, ale też i do refleksji nad stanem polskiego państwa.
Jak doszło do tego, że dopuściliśmy wszyscy do sytuacji, iż wybierani przez nas przywódcy od tylu lat narażali życie - a pośrednio i bezpieczeństwo państwa - latając zdezelowanymi samolotami? Czy wystawiając ich na takie ryzyko, nie okazaliśmy przy okazji braku szacunku dla samych siebie? Czy żeby żyć dostatnio i bezpiecznie, żeby nie obawiać się o przyszłość naszych dzieci, nie potrzebujemy państwa znacznie mocniejszego?
Ale czy polskie państwo może być mocne, jeśli pod względem wolności gospodarczej na głowę biją nas Azerbejdżan, Botswana czy Mongolia? Jeśli średni czas założenia działalności gospodarczej trwa u nas 31 dni, podczas gdy w Ruandzie 14, a w Uzbekistanie 15 dni? Jeśli oczekiwanie na zgodę budowlaną przeciąga się średnio do 308 dni, gdy tymczasem w Etiopii wynosi 128, a w Gwinei Równikowej 201 dni? Jeśli państwo ma być mocne, to równocześnie musi być ograniczone, pozostawiać jak najszerszą przestrzeń dla wolności jednostki, oddolnej inicjatywy, aktywności wspólnot i stowarzyszeń. Nie może być, jak teraz, rozlazłym molochem, wciskającym wszędzie swoje macki, ale niezdolnym do rozwiązywania realnych problemów, a często mnożącym bariery przed obywatelami.
Wspólny polityczny mianownik
Byłem i pozostaję w sporze z obozem politycznym, któremu patronował Lech Kaczyński. Jedną z największych słabości polskiej polityki jest jednak niezdolność do zbudowania wspólnego mianownika, wyznaczającego minimum racji stanu, które respektują zwalczające się obozy polityczne. Z dziedzictwa Lecha Kaczyńskiego włączam do tego minimum dwie ważne idee.
Pierwsza z nich to nacisk na podmiotowość Polski na arenie międzynarodowej. Co do szczegółów na ogół się z politykami PiS-u nie zgadzam. Ale nie można odmówić im zasługi w uwrażliwieniu opinii publicznej na takie sprawy jak bezpieczeństwo energetyczne, odgrywanie przez nasz kraj roli pomostu pomagającego naszym wschodnim sąsiadom zbliżyć się do Europy czy twarde negocjowanie na forum unijnym naszych interesów narodowych. Jestem przekonany, że rząd Donalda Tuska w większości z tych obszarów działa skuteczniej niż nasi poprzednicy. Ale wokół tych spraw trzeba z dużo większą determinacją niż w ostatnich latach budować ponadpartyjny konsens.
Drugim ważnym wkładem Lecha Kaczyńskiego w nowoczesne rozumienie polskiej racji stanu jest dziedzina, w której święcił największe sukcesy: polityka historyczna, z jej najwspanialszym pomnikiem, czyli Muzeum Powstania Warszawskiego. Integrująca się Europa jest ciągle - i niech tak pozostanie - Europą ojczyzn. Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo europejskie. Jesteśmy wspólnotą narodów, z których każdy ma swoje interesy i własną tożsamość. Te interesy i tę tożsamość trzeba chronić. Ale polityka historyczna powinna być skierowana także do wewnątrz. Powinna wyrażać się w programach szkolnych, w państwowym mecenacie nad kulturą, w budowaniu narodowej dumy i więzi lokalnych.
Polska tożsamość narodowa zawsze była pluralistyczna, co zresztą stanowi o jej sile przyciągania. Nikt nie ma na nią monopolu. Również spory, jakie dzisiaj o nią toczymy, stają się jej częścią. Ważne jednak, że dzisiaj nawet ci, którzy jeszcze niedawno namawiali nas, byśmy "wybrali przyszłość", rozumieją, że nie da się jej zbudować bez solidnych fundamentów historycznych.
Stanąć na czele mitu
Tragedia smoleńska daje początek nowemu mitowi. Nie należy wzdragać się na to słowo. Narody potrzebują mitów. To wokół nich krystalizują się emocje, zbiorowa wyobraźnia, hierarchia wspólnotowych celów. Śmierć dużej grupy polskich przywódców pod Smoleńskiem już dzisiaj inspiruje wielu młodych ludzi do zaangażowania w politykę rozumianą jako służba wspólnemu dobru. W najbliższych dekadach stawać się będzie zapewne mitem założycielskim nowych ugrupowań centroprawicowych.
Na razie jednak z mitem tym muszą oswoić się dwie największe partie. PiS stoi przed pokusą zawłaszczenia tragedii i wykorzystania jej do celów wyborczych. Symetrycznej pokusie musi stawić czoło Platforma: pokusie, by zbanalizować to, co się stało, pomniejszyć tego rangę. Jedna i druga strona łatwo może wyzwolić demony, choć jak dotąd potrafimy się przed tym powstrzymać.
Mit smoleński ma w sobie ogromny ładunek państwowotwórczy. Stanowi wezwanie do budowania polityki odwagi i wysokich standardów. Obowiązkiem polityków jest służba temu mitowi. W przypadku polityków służyć, to znaczy stanąć na czele. I tak właśnie widzę zadanie Platformy Obywatelskiej.
Nie chodzi o "podpinanie się". Chodzi o rzetelną, przełożoną na język ustaw i decyzji rządowych służbę. Nie ma powodu, byśmy oddawali innym partiom monopol na takie pojęcia jak patriotyzm, naród, ojczyzna, państwo, poświęcenie. Nie ma powodów, byśmy mieli ukrywać łzy, które piekły nas nie tylko podczas pogrzebów naszych klubowych kolegów, ale i wtedy, gdy chowano naszych politycznych przeciwników czy podczas żałobnych uroczystości na Wawelu. Nie ma powodu, byśmy odcinali się od wielkiego dorobku Instytutu Pamięci Narodowej. Wśród zadań, jakie przed nami stoją, jest wypracowanie własnej wersji polityki historycznej odwołującej się do tradycji Polski jagiellońskiej - państwa wielu kultur, wielu narodów, wielu religii.
W polityce trwałe, a nie tylko doraźne, efekty można osiągnąć wtedy, gdy wpisana jest w rytm szerszych procesów historycznych. Aby wyczuć ten rytm, trzeba przyłożyć ucho do ziemi. Ziemi pod Katyniem i Smoleńskiem.
Autor: Aroniarz
2010-06-25
Zgadzam się. To wszystko prawda. Trzeba zdefiniować w życiu publicznym cele państwowe, akceptowane przez główne siły polityczne i stopniowo poszerzać ich zakres. Niech każda z partii ma prawo do własnych procedur ale niech miary skuteczności działań będą zdefiniowane, obiektywne i monitorowane. Jeszcze jedno, gdy myślę o współpracy PIS i PO i źródle siły napięć pomiędzy politykami tych formacji to dochodzę do wniosku, że ich istota tkwi w typie religijności - PIS hołduje mitowi Polaka biednego ale pobożnego podczas gdy Platforma kwestionuje taką postawę. Czy mógłby Pan napisać na ten temat?